piątek, 9 lutego 2018

"Are u beach body ready?", czyli koszmar każdego lata

Pewnie myślisz: “kopnięta dziewucha, ledwo luty wjechał w kalendarz, a ta już o lecie”. 

Ale co zrobisz, to temat rzeka i jak to ktoś, gdzieś w internetach mądrze napisał: “New Year. Same shit”, prawda? No, a jak! Tak więc z racji tego, że odliczanie do większego plusa za oknem zaczyna rosnąć w siłę, wszystkie “bikini challenge” i “forma do lata” mają się świetnie, a umrzeć śmiercią naturalną niestety nie jest im dane… Ja do upadłego maglować będę - bądź sobą, dbaj o siebie, żyj i nie daj się zwariować!



Żyjemy w dziwnych czasach, w których wszystko musi dziać się głośno i na pełnym afiszu. Sport to już nie zdrowie, to trend obowiązkowo wmiksowany w świat Kucyków Pony. Jak chodzę po instagramie (a chodzę często ;p) to łapię się za głowę, bo z każdego kąta wyskakuje “motywacyjne” selfie “fit foczki”, która postanowiła pochwalić się całemu światu, że właśnie... przykładowo - gotuje. No i w sumie spoko, czasem miło podpatrzeć co ktoś kładzie na talerz i zaczerpnąć inspiracji do swojej michy, ale… Ale! Całe przedsięwzięcie obowiązkowo musi się zadziać z kuprem na wierzchu, aby przypadkiem żadnym oczom nie umknęło wyrzeźbione mięsko na udzie (czego ja się czepiam, przecież każda z nas zawsze stoi przy garach w samych majtach). Dzień bez #checkform dniem straconym (przegląd obowiązkowo minimum trzy razy na dobę). I do pakietu tych niezawodnych “fit motywacji” (tak ku pokrzepieniu, żeby Ci się lepiej żyło): “forma do lata sama się nie zrobi”, przecież “lato się zbliża, masz 4 miesiące na to by ich nie zmarnować”, więc “zapier...trolololo, żeby osiągnąć swój cel”, bo “od siedzenia na kanapie dupy nie zrobisz”.
Nie wiem jak Wy, ja czuję przesyt. No nic tylko kaftan i pokój bez klamek.

Mało tego. Żeby Cię pocisnąć tak jeszcze bardziej, tfu co ja plotę, zmotywować i wspomóc proces przemiany z trola w Calineczkę, koniecznie wyzwanie. Lista długa, jest w czym wybierać, jedno się kończy - zaczyna kolejne. Nie wiem jak Was, ale mnie te klimaty zwyczajnie nie biorą. No bo co potem, gdy nastanie koniec tego geniuszu? Wyzwanie przeminie, myślisz: “yolo, przetrwałam/łem ten koszmar”... wtedy przychodzi tłusty czwartek i cały pierdolnik zaczyna się od nowa ;) Ale wiesz, zjedz tego pączka, bez wyrzutów sumienia, tylko wcześniej machnij trening, wlicz pączka w makro i zredukuj węgle tego dnia, tak żeby się przypadkiem nie odłożyło.. nie zapomnij też dołączyć do wyzwania “misja: spalamy czwartkowe pączki”. No dajcie żyć.

Rozumiecie o co mi chodzi? Tyle w tym ciśnienia, stresu i spiny takiej. A mi tak się marzy, żeby to wszystko działo się na pełnym luzie. Bo jak nie zdążysz z formą do lata (ugh, nie ogarniam tego określenia) to co, skafander kosmonauty a bikini do kosza? Jak poniesie Cię z pączkami w ten czwartek czy inny wtorek, to potem na kolanach do Częstochowy? No kurczaki! I te wyzwania, to trochę taki owczy pęd fitnessu i chyba marne szanse na wyrobienie w sobie nawyku regularnej aktywności fizycznej czy zdrowej miski przez większość dni w roku. To chyba często też dzieje się tak ciutkę “na ślepo”, bez zastanowienia.

Przykładowa Maryśka, dołączyła do wyzwania, i co? No i macha te pajace (często bez rozgrzewki, bo w wyzwaniu nie przypomnieli), “30 sekund pracy, 10 sekund przerwy, tempo, tempo” 6 razy w tygodniu, a tak na dobrą sprawę chce większy i jędrniejszy poślad i nawet bicka spompować po troszku. No rzesz wyłaź z tej imprezy dziewucho, bo gdzie w tym sens?

Jednak - musi się zadziać wyjaśnienie, bo wyszłam na małego zgreda krytykującego, jakby nie było, jakąś opcję ruchu - jeśli udział w takim wyzwaniu nakręca Cię pozytywnie na cały dzień, poprawia nastrój albo i lepiej, wyrywa z objęć fotela i mobilizuje do większej aktywności w ciągu dnia - brawo. Co więcej, jeśli jesteś osobą, która po podjęciu takiego wyzwania załapała sportowy flow i do teraz pielęgnuje tego bakcyla - szanuję, tak poważnie i przybijam solidną piątkę, bo właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Nie na chwilę, nie przez okres trwania wyzwania, tylko regularnie, okrągły rok. I już na koniec, tak żebyśmy się dobrze zrozumieli. Sam zamysł wyzwania nie jest zły, jednak to zbyt uniwersalne, może pełnić raczej funkcję dodatku, nie głównego treningowego planu (dużo ma też do gadania, czego TY tak właściwie oczekujesz). Jednak to tylko moje zdanie, zaznaczam głośno! :)


Krótko na “do widzenia”


A teraz skup się, przeczytaj uważnie i zapamiętaj:

1. Internet często kłamie i nagina rzeczywistość: tak więc, odcinaj się bez mrugnięcia okiem od treści, które sprawiają, że Twoje dobre samopoczucie dostaje po pysku. Nie ma sensu codziennie karmić się tą solidną dawką pseudo motywacji, która sprawia, że czujesz się dosłownie jak kupa.

2. Twoje ciało jest unikatowe: więc może by tak w końcu siebie polubić? Z tymi wszystkimi, często przerysowanymi przez Ciebie “defektami”. I nie porównuj siebie do innych. To czasem bardzo ciężkie, wiem, jednak konkretnie ułatwia życie!

3. Skup się na sobie i działaj: ale w swoim rytmie, bo człowiek nie szablon, na każdego działa coś innego. Naucz się więc swojego ciała, jak działa i co na nie działa. Metodą prób i błędów - tu nie ma sorry, bo tego nie przeskoczysz, jeśli chcesz świadomie, mądrze i z sukcesami na koncie, ogarniać siebie. Zaangażuj się w siebie, po swojemu. To sposób na systematyczność, nie na sezonowy romans z aktywnością fizyczną. I pamiętaj: “ If you're not excited about it, it's not the right path” - A.Hicks

A teraz myk, myk na trening i daj się kopnąć endorfince!

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Omletowe love - 6 pomysłów na śniadanie


Śniadanie śniadaniem... omlet to świetna opcja na posiłek, po prostu. Ale od początku i z jakimś wstępem może ;)

Coraz częściej pytacie mnie o przepisy na omlety, które wrzucam z zamiłowaniem na instagram. To spowodowało, że postanowiłam zebrać kilka “do kupy” i ogarnąć dla Was taki omletowy post. W tym wszystkim nie ma żadnych czarów, to nie magiczne receptury. Przeważnie wrzucam do takiego omleta to, na co akurat mam ochotę. Tak więc jeśli komuś z Was choćby jeden z przepisów przypadnie do gustu, to będzie miód na moje serce :)

Wrzucam tu kilka pomysłów na bazę tj.sam omlet, gdzie oczywiście proporcje składników możecie dobierać pod własne zapotrzebowanie; oraz propozycję dodatków, którą również możecie skomponować po swojemu.

No to lecim z tym koksem ;)


Moja klasyka gatunku - omlet owsiany




3-4 łyżki płatków owsianych (zawsze moczę wcześniej w wodzie)
3 jajka
1 łyżka mąki kokosowej
1 łyżeczka spiruliny
cynamon (wedle uznania)

Wszystkie w/w składniki miksujemy i smażymy na oleju kokosowym pod przykryciem.

Dodatki:

1 kiwi
chipsy z kokosa (mogą być wiórki)
kilka orzeszków ziemnych niesolonych



Nowe love - omlet amarantusowy


2-3 łyżki płatków owsianych (wcześniej namoczonych w wodzie)
3 jajka
2 łyżki mąki z amarantusa
kardamon (wedle uznania)
1 płaska łyżeczka maca (niekoniecznie)

Wszystkie w/w składniki miksujemy i smażymy na oleju kokosowym pod przykryciem.

Dodatki:

1 świeża gruszka
amarantus ekspandowany



Omlet jaglany




2 łyżki mąki jaglanej
2 łyżki płatków jaglanych
1 łyżka mąki kokosowej
3 jajka
dowolne mleko roślinne (u mnie Bio organic rice drink coconut)
gałka muszkatołowa
imbir w proszku u mnie jak zawsze od Dary Natury

Płatki jaglane zalewamy mlekiem roślinnym i odstawiamy na chwil kilka :) Następnie wszystkie w/w składniki miksujemy i smażymy na oleju kokosowym pod przykryciem.

Dodatki:

zmiksowane mango
świeży kokos
nasiona chia




Czekoladowy orzech




3-4 łyżki płatków gryczanych (wcześniej namoczonych w wodzie)
1 łyżka mąki kokosowej
3 jajka
1 łyżeczka karobu lub kakao
przyprawa do piernika i innych ciast od Dary Natury lub cynamon i kardamon

Wszystkie w/w składniki miksujemy i smażymy na oleju kokosowym pod przykryciem.

Dodatki:

½ banana
20g orzeszków ziemnych niesolonych lub łyżka masła orzechowego 100% (bez cukru itp)

Miksujemy banana i orzeszki na gładką masę, jeśli masz masło orzechowe możesz po prostu rozgnieść banana widelcem i dorzucić łychę masła orzechowego.




Gryczana marchewa


2-3 łyżki płatków gryczanych (wcześniej namoczonych w wodzie)
2 łyżki otrębów gryczanych
3 jajka
1 łyżka mąki kokosowej
1-2 marchewki (pokrojone w kostkę)
kurkuma

Wszystkie w/w składniki miksujemy i smażymy na oleju kokosowym pod przykryciem.

Dodatki:

1 jabłko
cynamon

Jabłko trzemy na tarce o grubych oczkach lub kroimy na małe kawałki/plastry, wrzucamy do naczynia z wcześniej rozgrzaną łyżeczką oleju kokosowego i przyprawiamy cynamonem. Dusimy kilka minut.



Kokosowe mango


3-4 łyżki mąki kokosowej
3 jajka
1 łyżeczka spiruliny
mleko kokosowe
chipsy/wiórki kokosowe (wedle uznania)

Miksujemy mąkę kokosową, jajka i odrobinę mleka kokosowego. Gdy osiągniemy jednolitą masę dorzucamy wiórki/chipsy kokosowe, mieszamy i całość wylewamy na rozgrzaną patelnię z olejem kokosowym. Smażymy pod przykryciem.

Dodatki:

½ mango
1 łyżka nasion chia

Mango miksujemy na gładką masę i dodajemy łyżkę nasion chia, mieszamy.


Krótko na “do widzenia”



Jestem małym omletowym psycholem, fakt... który ponadto lubi stać przy garach ;) Jednak nie lubię spędzać w kuchni wieczności. Dania smaczne, a szybkie i proste w przygotowaniu są więc mile widziane. Omlet to naprawdę spoko opcja na posiłek, nie tylko dlatego, że jest szybki i prosty w przygotowaniu (15-20 min.). To brak nudy na widelcu, bo można z nim miksować różne cuda wianki i finalnie zawsze wyjdzie coś pysznego. Można kombinować do woli, przyrządzić go na słono, ostro, słodko. Ponadto to świetna “metoda na głoda”, bo syci na długo. Do tego idealnie sprawdza się w roli “2w1” - za jednym zamachem można wyczarować “omlet na wypasie”, który spokojnie posłuży za dwa posiłki. Wystarczy odpowiednio zwiększyć ilość składników, dobrać różne dodatki np. do jednej części owoce/bakalie/orzechy do drugiej warzywa/nasiona i dwa lunch box’y gotowe. Jeśli ilość omletowej masy Cię przerasta i obawiasz się, że Twoja patelnia nie ogarnie tematu, możesz spokojnie wrzucić go do piekarnika w formie na tartę czy keksówce, wyjdzie równie pysznie.



Smaczności ! :)

piątek, 24 lutego 2017

Trenuj, nie wariuj - słów kilka o internetowych radach fitnessowych

Ja dziś nie o pączkach i ich anatomii (sorry). Nie o tym, jak je spalić i ile czasu z jaką intensywnością trzeba dłubać palcem w nosie, aby ani jeden krepelek nie poszedł tam, gdzie nie chcemy.

Dziś krótko, z cyklu: co mi we łbie gra ;)




Może ja jestem innego sortu, ale uważam, że świat sportu, fitnessu, ogólnie rzecz ujmując aktywności fizycznej, zaczął iść w jakąś totalnie porąbaną stronę, której ja osobiście nie ogarniam.

Internety sypią jak z rękawa złotymi radami, co ćwiczyć, kiedy i gdzie najlepiej, co ubrać aby nie odbiegać zanadto od najnowszych trendów bo oczywista oczywistość, że dresy czy legginsy “no name” to -500 od zajebistości. Instagramy i Facebooki strzelają po oczach sześciopakami, bickami i tyłkami, które nie mieszczą się w wyświetlaczach telefonów (wszystko oczywiście #nofilter i w majtach Calvina Kleina, bo inne to obciach na resorach). Ach i ta bezcenna dawka codziennej motywacji: “rusz dupę!”, “nie bądź ci..apa” z głównym przesłaniem “forma do lata sama się nie zrobi”, a bikini na miarę nie szyją więc trzeba koniecznie się wcisnąć w rozmiar rzędu S, bo inaczej na plażę wstęp wzbroniony i w ogóle najlepiej ludziom na oczy się nie pokazuj. O mateńko, pranie mózgu zjadasz na śniadanie i popijasz poranną kawą.


Obserwuję cały ten cyrk i jedyne co hamuje mnie przed wyjściem na ulicę i strzelaniem do przypadkowych ludzi jest...trening, of kors ;)


Jednak nie ukrywam, jestem takim małym świrem, który przeszedł na sobie wiele crash testów i z niejednej internetowej witryny porady przerabiał w realu. Efekt? Utrata wiary w to co robię, w swoje umiejętności, postępy i chęci do mojej dalszej małej walki. I co gorsza, ślepe maglowanie ćwiczeń, które nie do końca dobrze wpływały na moją sylwetkę. Głupie? No, jak jasna cholera!

Niemiłosiernie wkurza mnie, że w całym tym motłochu ginie śmiercią tragiczną to co najważniejsze: przyjemność z treningu, myśl o kopnięciu endorfinką, o zdrowiu, o większej sprawności, znakomitym samopoczuciu i bezcennej satysfakcji po skończonym wycisku jaki sobie zafundujemy.

Ja ćwiczę ponieważ chcę być sprawna, zdrowa, silna, chcę przełamywać własne słabości i granice..chcę się świetnie czuć we własnej skórze, a odbicie w lustrze cieszące oko to wisienka na torcie. Nie chcę się porównywać z innymi fit dziewuchami. Choć niestety dzięki uprzejmości social mediów czasem ciężko to przeskoczyć. Myślę, że każdy/a z nas ma taki etap na swoim koncie. W moim przypadku do tego wszystkiego dochodzi fakt, że od 30-stu lat niezmiernie krytyczna i wymagająca w stosunku do siebie, ze mnie menda. Zawsze uważam, że mogę zrobić coś lepiej, solidniej, bardziej. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, kiedy to przyznałam, tak z pełną satysfakcją i zadowoleniem, że zrobiłam dobrą robotę. Gdy udało mi się nabrać dystansu do tych wszystkich internetowych kwiatków, w końcu doszłam ze sobą do ładu i znalazłam na siebie sposób, w końcu jestem zadowolona z tego co widzę, a nauki wyniesione z licznych potknięć nie poszły w przysłowiowy las.



Nie twierdzę, że wszystko co oferuje nam internet w dziale fitnessu, sportu i zdrowia jest stertą bzdur z piekła rodem, których trzeba unikać jak diabeł święconej wody. Chodzi mi o to, aby umiejętnie stosować się do wszystkich rad i informacji, na które natrafiamy. Zaufaj wykwalifikowanym trenerom z doświadczeniem. Jednak, gdy widzisz, że coś na Ciebie nie działa, idzie w odwrotnym do zamierzonego kierunku, zmień plan. Kombinuj, próbuj, testuj. Przecież, co kręci trenera X nie musi kręcić Ciebie i nie dla wszystkich “siad na boski zad”. Mój kuper przysiadów nie łyka na co zwróciłam uwagę dość późno, bo ślepo trzymałam się złotych rad, że przysiad to złoty środek, bo najlepszy, bo bez niego tyłka nie wydziergasz. Bzdura. Ciało masz jedno, słuchaj go.


Krótko na “do widzenia”


Doceń to wszystko co dla siebie robisz, każdy nawet najmniejszy progres jaki u siebie zaobserwujesz. Tym bardziej, jeśli eksperymentujesz na sobie bez opieki trenerów, dietetyków i innych magików mniejszego bądź większego kalibru. To Twoja robota, Twoje zasuwanie na treningi bez względu na to czy pluje żabskami na dworze czy pizga złem z zimna... to Twój upór i samodyscyplina, to Twoje motywacyjne kopnięcia w dupsko, gdy wymówki zaczynają wskakiwać na łeb. Uwierz w siebie. Obserwuj swoje ciało i nie stosuj bezmyślnie wszystkich fitnessowych myków. Ciesz się treningiem, to Twój czas, najbardziej skuteczny reset w ciągu dnia; baw się tym, bo to jeden z jego lepszych momentów.

Cały świat wariuje, ale Ty pozostań sobą i “nie bierz siebie tak cholernie serio”.


Niech endorfiny będą z Wami ;)


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Co przegryźć w pracy - 13 zdrowych propozycji


No dobra, było o “diabelskich” produktach, których jedzenie w pracy (i nie tylko w pracy) grozi śmiercią lub kalectwem. W końcu przyszedł czas na kilka propozycji, które dostają zielone światło.


Wiem, że dla większości z nas doba jest za krótka. Zawsze wszystko dzieje się w biegu, zawsze na wszystko brakuje czasu, a już tym bardziej, na przygotowywanie “roboczej wałówki”. Jeśli należysz do osób, które tak uważają, zmień priorytety.

Tak naprawdę przygotowanie posiłku do pracy to bułka z masłem, choć nie do końca o tę bułkę mi chodzi ;) Co jest ważne? Musi być smacznie, pożywnie i sycąco. I tak na dobrą sprawę jest wiele opcji takich posiłków, a ich przygotowanie nie zajmuje więcej niż 30 minut.


Omlety


Jak powszechnie wiadomo wpierniczanie omletów to moja pasja ;) Dlatego jako pierwsza wjechała propozycja omletowa. Dlaczego? Omlet to szybki sposób na pożywny posiłek. Można go przygotować na słono lub słodko. Tutaj “sky is the limit” bo do omleciora możesz wrzucić dosłownie wszystko na co masz ochotę.

U mnie najczęściej omlet składa się z: 3-4 jajek, płatków owsianych (wcześniej namoczonych w przegotowanej wodzie) lub kaszy jaglanej, ryżu (co tam z obiadu zostało ;)), czasem dorzucam mąkę kokosową, kasztanową lub z ciecierzycy (ilość węglowodanów uzależniam od dnia treningowego). Czasem składniki miksuję, czasem nie. Wszystko zależy od tego ile mam czasu, na co ochotę i.t.d. Dodatki wedle upodobań. W omletach na słono zawsze lądują warzywa i zioła, jakiś kurak czy wołowina, czasem swojski boczuś. Omlety na słodko często są w parze z owocami, orzechami, czasem z masłem orzechowym czy jogurtem naturalnym. Opcji jest ogrom, a czas przygotowania nie przekracza 20 minut.


Sałatki

Tu sprawa ma się podobnie jak z omletami. Sałatkę do pracy można wyczarować w 15 minut, tak naprawdę ze wszystkiego na co ma się ochotę. Pamiętajmy o pełnowartościowym białku, węglach złożonych, zdrowym tłuszczu i warzywach. Można wkroić kawałek mięcha lub ryby z obiadu, dorzucić trochę ryżu, kaszy czy komosy. Oczywiście ciecierzyca, soczewica czy tofu też mile widziane. Warzywa z ziołami i odrobiną oliwy lub oleju kokosowego idealnie dopełnią klimat.


Jeśli jesteś typowym podjadaczem, lubisz podczas pracy coś skubnąć, chrupnąć. Poniżej kilka smacznych propozycji, przy których wszystkie paluszki i inne krakersy mogą się schować. O!


Marwitki - surowe marchewki


To propozycja dla extremalnych leniwców. 100% marchewki, surowa, chrupiąca, świeża, którą można kupić w drodze do pracy, bo jest dostępna w bardzo wielu sklepach. Można oczywiście przygotować taką przekąskę w domu i wrzucić do swojego lunch box’a wcześniej obrane, ulubione warzywa.

Crispy natural


Topinambur zamiast chipsa? Dlaczego by nie! Smakiem przypominają typowe solone chipsy, jednak różnią się od nich znacznie. W paczce znajdziecie 100% naturalnego produktu, nie chowa się tu nic więcej. Polepszacze smaku, glutaminian sodu i takie tam atrakcje nie znajdą tu dla siebie miejsca :)

Przekąska Chias


To smoothie z nasionami chia, które tworzą parę idealną ;) Bez cukru i innych sztuczności. To konkretny strzał błonnika, witamin i minerałów. Są przepyszne :)


Teraz kilka propozycji dla osób, które uwielbiają ciastki i bez słodkiego nie są w stanie egzystować ;) Jak wiadomo “typowe słodycze” naszprycowane są utwardzonymi tłuszczami, cukrem w każdej postaci, barwnikami, aromatami i różnego typu polepszaczami. Zdrowe zamienniki słodyczy są dostępne na sklepowych półkach, trzeba tylko dobrze poszukać i oczywiście rzucić okiem na etykietę. Nie wszystkie produkty, które znalazły miejscówkę na półce eko czy ze zdrową żywnością można potraktować z automatycznym zaufaniem. Poniżej kilka propozycji, które można wcinać bez mrugnięcia okiem :)

Batony z energią


Ich smak rozkłada na łopatki, nie przesadzam. Są pyszne, “sklejone” z samych naturalnych składników. Znajdziecie w nich orzechy, różnego rodzaju nasiona, suszone owoce, nasiona chia, matcha, maca, zdrowe tłuszcze (m.in. olej kokosowy). Są i bezglutenowe, i bez laktozy i co najważniejsze bez dodatkowego cukru. Ostatnio moje kubki smakowe rozbroił smak batona Farmer ze szpinakiem i cytryną firmy Zmiany Zmiany oraz maca & kakao od Food by Ann. Powiadam Wam, sztos!


Rawnello - kulki mocy


Kolejna pychota, która przeszła moje crash testy. Wolna od dodatkowego cukru, konserwantów, spulchniaczy i wszystkich innych sztuczności. W skład wchodzi: daktyl, orzech laskowy, włoski i migdały, cynamon. Uwaga, uzależniają ;) Oczywiście jest to opcja-gotowiec dla leniucha, bo takie kulki można bez problemu wyczarować w domu. Namoczone wcześniej ulubione orzechy i suszone owoce miksujemy, do przygotowanej masy dodajemy ulubione przyprawy, formujemy kulki i na jakiś czas wstawiamy do lodówki. Gotowe! Proste? Proste ;)

Czekolady COCOA


Jeśli są tu jacyś czekoladoholicy (a wierzę, że tak jest ;)) to jedna z najlepszych opcji czekolad jakie me oczy widziały. W składzie nie znajdziecie białego cukru, ale cukier kokosowy, który ma niski indeks glikemiczny więc śmiało mogą go stosować diabetycy, ponieważ nie powoduje gwałtownych skoków insuliny. Ponadto w składzie: nieprażone ziarno kakaowca, tłuszcz kakaowy, sproszkowane mleko kokosowe, wanilia Bourbon.

Ale, ale Misie malinowe nie popadajmy w euforię i ekstazę. Nie można zapomnieć, że węgle to węgle i ich nadmiar w diecie odwdzięcza się niechcianą oponką tu i ówdzie. Tak więc słodycze na legalu są oczywiście zawsze lepszą opcją, jednak umiar wskazany ;)



Jedno lub kilkudniowe soki warzywne, owocowe, owocowo-warzywne to zawsze zdrowsza i korzystniejsza dla organizmu opcja niż cała reszta dosładzanych rewelacji. Jednak wyciskane soki owocowe w nadmiarze nie są wskazane. Obfitują we fruktozę, która bez błonnika jaki jest obecny w całych owocach działa jak “goły” cukier. Niemniej jednak jeśli lubicie soki, zawsze wybierajcie te w 100% naturalne.

Soki Marwit


To świeżo wyciskane soki, które nie zostały doprawione dodatkowym cukrem, a w ich skład wchodzą tylko naturalne składniki. Na sklepowych półkach coraz częściej można znaleźć wiele innych firm, które oferują takie soki m.in Cymes, Ogrody Natury, Vita Natura.

Soki Sport Food


Firma ma w swojej ofercie m.in. kilka w 100% naturalnych soków o wdzięcznych nazwach: święty spokój, wieczna młodość, piękna skóra, zdrowe serce, słodki detoks, eliksir miłości, wakacyjna przygoda; jest też naturalny izotonik i wiele innych. Wszystkie zawierają tylko i wyłącznie naturalne składniki, nie są dosładzane. To pyszne owocowe i owocowo-warzywne soki zmiksowane z wyobraźnią :)

Sok pomidorowy Tesco


Sok pomidorowy bez żadnych niespodzianek :) Złośliwiec mógłby się doczepić dodanej soli, jednak zerkając na etykiety innych tym podobnych produktów, sok pomidorowy Tesco pod kątem składu wypada naprawdę świetnie. Szkoda jedynie, że jest pasteryzowany, podczas tego procesu uciekają cenne witaminy. Warto sięgać po pomidorowe soki bo są bogate (jak każde przetwory z pomidora) w likopen, czyli przeciwutleniacz pomagający uchronić się przed nowotworami i chorobami cywilizacyjnymi.

“Gorący kubek” od BeneFit i Kubek warzyw


Takie cuda wygrzebałam w jednym ze sklepów zielarskich. Gorące kubki składające się w 100% z warzyw. Bez glutaminianu sodu, aromatów i różnych barwnych polepszaczy smaku i zapachu. Kupiłam, wypróbowałam - dobre. Są dostępne różne kombinacje smaków. To świetna opcja na szybką przerwę w pracy.

Zupa z soczewicy od Marwit

 

Jest wiele opcji takich "cudów-wianków", jednak nie oszukujmy się, większość tego typu produktów (ze względu na skład) nadaje się do kosza, a nie do jedzenia. Tu mamy mały wyjątek :) Zupa-krem gotowiec dla leniuchów, w której skład wchodzi: woda, marchew, soczewica czerwona, przyprawy, czosnek, chili. Niestety nie po wszystkie zupy tej firmy można sięgać w ciemno. Niektóre w swoim składzie mają niepożądanych gości, tak więc bez czytania etykiet ani rusz.

Krótko na “do widzenia”


Przygotowując posiłki do pracy bierzcie pod uwagę swój dzienny rozkład jazdy. Jeśli planujecie trening warto zadbać o trochę większą podaż węglowodanów, które będą naszym paliwem. Jeśli nasz dzień nie zapowiada się intensywnie nie trzeba szprycować się po uszy węglowodanami, można przykładowo postawić na śniadanie białkowo-tłuszczowe. Ale to wszystko zależy od Was. To Wy znacie swój organizm najlepiej. Ja tylko podaję przykłady i staram się pokazać, że przygotowanie pełnowartościowych posiłków do pracy, czy też znalezienie w sklepie zdrowej przekąski, to nie “mission impossible”.

Nie wmawiajcie sobie, że nie ma na to czasu. 15 minut krócej na Fejsbuniu, 15 minut krócej przed tv i już wyskrobaliśmy czas na upichcenie czegoś smacznego do pracy. Ponadto takie zabiegi jak dbanie o składniki diety, o wartościowe i zdrowe produkty, samodzielne przygotowywanie posiłków - kształtują nasze nawyki. Bzdurą jest przekonanie, że jedynie gotowe cateringi dietetyczne są w stanie zagwarantować nam zdrowy sposób odżywiania. Uwierz w siebie i w to, że jedyna odpowiednia osoba, która może zadbać o Ciebie to TY SAM!


To dopiero początek propozycji wyżerki jaką można porwać ze sobą do pracy. C.D.N tak więc stay tuned ;)


wtorek, 16 sierpnia 2016

Dieta biurowa, czyli czym Polacy trują się w pracy...


Życie biurowe, jakie by nie było, rządzi się swoimi prawami. Terminy gonią, wszystko ma być załatwione na wczoraj, projekty muszą się kręcić na pełnej a klienci nie mogą czekać. W tym całym pierdolniku (sorry, czasem trzeba słowem w sedno) brak czasu na chwilę oddechu, nie mówiąc o porządnym posiłku. W międzyczasie jedynie łyk zimnej już kawy (u większości niestety z automatu) i gryz drożdżówy z Biedrony albo kanapki-gotowca z automatu, bo przerwy śniadaniowej żal na jedzenie marnować, dymek ważniejszy. Gdy głód pępkiem zaczyna wychodzić, automat ratuje życie oferując paletę snickersów i innych tego typu delicji, paluszek też się znajdzie i zimna cola - must have.

A na mnie czeka zrobiony w domu omlet "na bogato" (czyt. ze wszystkim co się w kuchni nawinęło ;)), bidon z wodą z cytryną i zaparzona kawa w kubku termicznym. W drodze do pracy łapnę 1,5l Muszyniankę - tak można pracować.

Rzucając moim ciekawskim okiem w talerze osób, z którymi spędzam swoje pół życia, stwierdzam z przykrością, że nie jest kozacko Misie Malinowe… W pracy (obawiam się, że poza nią również) za często łapane są przypadkowe “śmieciowe przekąski”, za często pite słodzone wstrętne napoje, a dzień zaczynany od 7days’a czy lukrowanego, plastikowego pączka nie jest najlepszym pomysłem . Stres i ciągła gonitwa idąca w parze z kiepskim posiłkiem, strzałem cukru co chwile i nadmiarem kofeiny, powoduje że na własne życzenie serwujemy sobie gwóźdź do trumny.

Poniżej zestawienie kilku pychot, po które zdecydowanie nie powinniśmy sięgać, nie tylko w pracy, takie produkty należy wykopać ze swojego menu ze skutkiem natychmiastowym i nieodwracalnym. O!



Dania typu gorący kubek

Nie jest nowością i wielkim odkryciem, że dania instant zaśmiecają organizm na poziomie mistrzowskim. Nie znajdziemy w nich ani grama wartościowych i odżywczych składników. W ich skład wchodzą praktycznie tylko i wyłącznie wypełniacze, aromaty, konserwanty, cała gama sztucznych dodatków smakowych, utwardzone tłuszcze i rzecz jasna glutaminian sodu w takiej ilości, że moja mała głowa nie ogarnia. Taki posiłek to jak łyżką w zęby. Dla przykładu trzy “delicje”: 




Knorr: makaron (55%), mąka pszenna semolina tj. durum, szpinak (1,1%), sól (wymieniona w składzie 3 razy), skrobia, ser (6,5%), tłuszcz mleczny, cukier, maltodekstryna, tłuszcz palmowy, ekstrakt drożdżowy (czyli glutaminian sodu, który miał swoje 5 minut w jednym z wcześniejszych postów. Dla przypomnienia jest to substancja silnie uczulająca i uzależniająca, przyczynia się do migrenowych bólów głowy, astmy, bólów żołądka, kołatania serca, nadmiernej potliwości, podwyższa ciśnienie krwi, ma negatywny wpływ na układ nerwowy i mięśniowy, zwiększa ryzyko wystąpienia otyłości, może podrażniać układ oddechowy, przyczynia się do pogłębiania choroby Alzheimera), mleko odtłuszczone, pomidory, cebula, szczypiorek, kurkuma, aromaty, laktoza, białka mleka, preparat serwatkowy, przeciwutleniacze: alfa-tokoferol (syntetyczny odpowiednik witaminy E), estry kwasów tłuszczowych i kwasu askorbinowego (E304, połączenie kwasu tłuszczowego z kwasem askorbinowym - konserwuje). Fuj.

Vifon: dodatki smakowe (64%) - cukier, pomidor w proszku (25%), zabielacz (tłuszcz palmowy, syrop glukozowy, kazeinian sodu, emulgator E471 mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, E554 - krzemian glinowo-sodowy niekorzystny, zakazany w Japonii, powinny unikać osoby z chorobami serca i nerek, aromat); sól, tłuszcz palmowy, wzmacniacz smaku: glutaminian monosodowy i guanylan disodowy, inozynian disodowy, ekstrakt drożdżowy w proszku - czyli glutaminian sodu i jego pochodne do potęgi entej, E551 (krzemionka), kwas cytrynowy, guma ksantanowa (tj. sfermentowany cukier pozyskiwany przeważnie z kukurydzy, soi lub pszenicy genetycznie modyfikowanej, działanie przeczyszczające, może pogłębiać niektóre schorzenia tj. zespół jelita drażliwego i zapalenie okrężnicy, może podrażniać układ trawienny, uczula), aromat, kluski: tłuszcz palmowy, mąka pszenna, skrobia modyfikowana, sól, cukier, węglany potasu i sodu (sub.spulchniająca, niekorzystnie wpływa na organizm, duże dawki mogą spowodować krwawienia żołądkowo-jelitowe, biegunki, wymioty, w skrajnych przypadkach...śmierć...grubo) , trifosforany (może nasilać osteoporozę i powodować problemy metaboliczne), guma guar. Hmmm, miód malina.

Gorący kubek makaron z sosem gulaszowym: 56% makaron (mąka pszenna durum, białko jaja kurzego w proszku), skrobia, ziemniaki (4,2%), aromaty, koncentrat pomidorowy (3,8%), sól, wzmacniacze smaku: glutaminian monosodowy, guanylan disodowy i inozynian disodowy, mięso wołowe (3,3%), papryka (2,4%), cebula (4,1%), olej palmowy, maltodekstryna, fruktoza, sos sojowy, białko jaja kurzego w proszku, ekstrakt drożdżowy. W porcji prawie łyżeczka soli, łyżeczka cukru. O zgrozo.



Przekąski “chlebowe”

Osoby “na głodzie”, często sięgają po różnego rodzaju zapychacze. Najczęściej są to paluszki lub reklamowane jako mega zdrowe, Sunbites (o ich składzie pisałam w poprzednich postach). Na tę listę wskakują również i takie rarytasy:



Bruschette Maretti: olej palmowy, mąka pszenna, mąka kukurydziana, preparat o smaku - pomidory oliwki i oregano (5,5%) w którym jest (dekstroza, sól, skrobia kukurydziana, proszek pomidorowy, cebula i czosnek w proszku, glutaminian sodu i hydrolizowane białka roślinne (czyli ponownie glutaminian sodu), kwas cytrynowy (bezwartościowa substancja syntetyczna, uznawana za rakotwórczą) i octowy (uważany za nieszkodliwy), laktoza, maltodekstryna, dwutlenek krzemu i aromaty), sól, odtłuszczone mleko w proszku, cukier, suszony gluten, drożdże, guma guar, dekstroza, emulgator E471 mono i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mono i diacetylowinowym (uznany za bezpieczny, zakazany w Japonii).

Bakerolls tomato olive: mąka pszenna, olej palmowy, dekstroza, koncentrat soku z buraków, substancje aromatyczne, sól, cukier, mąka sojowa, drożdże, przyprawy. Ani grama oliwek i pomidorów, czyli całą robotę robią sztuczne aromaciki - cool. 



Grissini Torinesi: mąka pszenna, margaryna roślinna (olej palmowy i słonecznikowy, woda, emulgator E471, sól), sól, drożdże, mąka ze słodu pszenicy.

Grissini Roberto: mąka pszenna, olej palmowy, smalec, słód jęczmienny, sól, drożdże, mąka słodowa pszenna, gluten pszenny, przeciwutleniacz: ekstrakt z rozmarynu.



7 Days

“Dobre i bez gadania”, “podwójnie smaczny”, “świeżo wypiekany rogalik z pysznym nadzieniem w środku” - nie sądzę. Zerknijcie proszę na skład… nie wymaga komentarza, wszystko mówi samo przez się.



skład ciasta: mąka pszenna, olej palmowy, słonecznikowy, z nasion bawełny, rzepakowy, cukier, stabilizator mono i diglicerydy kwasów kwasów tłuszczowych, syrop glukozowo-fruktozowy, drożdże, sól, kwas cytrynowy, wanilina (syntetyczny związek, który może wywołać egzemę, podrażnienia i zapalenia skóry, zmiany pigmentacji. W Narodowym Instytucie Zdrowia Stanów Zjednoczonych jest w rejestrze niebezpiecznych związków chemicznych. Jest oznaczona symbolem R22 co oznacza, że działa szkodliwie po połknięciu), substancja konserwująca propionian wapnia (niekorzystny, może powodować bóle i zawroty głowy oraz migreny, nasilać objawy astmy, powodować podrażnienia żołądka i skóry, problemy w nauce i behawioralne). Nadzienie: olej palmowy, syrop glukozowy, cukier, odtłuszczone kakao w proszku, odtł.mleko w proszku, alkohol etylowy, emulgator estry kwasów tłuszczowych i poliglicerolu (sklasyfikowane jako bezpieczne jednak zakazany w Japonii i Australii), wanilina, sub.żelująca alginian sodu (zaliczany do bezpiecznych jednak hamuje wchłanianie składników odżywczych głównie żelaza). K a t a s t r o f a !



Wypieki “biedronkowe”

Reklamowane jako zawsze świeże i chrupiące, pyszniutkie i zdrowe, oczywiście najlepsze na śniadanie, obiad i pewnie kolację też, po prostu omnomnomnom. A jak jest w rzeczywistości? Co kryją te wszystkie “ciastki”?

Tak naprawdę robi się je z ciasta głęboko mrożonego, którego wartość odżywcza nie prezentuje się różowo. Ciasto głęboko mrożone zawiera liczne ulepszacze, konserwanty i utwardzone tłuszcze. Produkowane jest na tony, następnie wypiekane, chłodzone i mrożone (najczęściej ciekłym azotem). Całe wieki czeka w magazynach na transport, a następnie Biedrona, Lidl, Tesco i.t.p wypieka i reklamuje jako świeżutkie prosto z pieca miód malinka, fee. Miejsce produkcji tego rarytasku - wielka niewiadoma, to różne rejony kraju a najczęściej świata. Taki produkt, według prawa polskiego, powinien obowiązkowo zostać oznaczony informacją, że został wyprodukowany z ciasta głęboko mrożonego. Ponadto zawierać informację na temat użytych składników, datę minimalnej trwałości, dane na temat tego kto produkuje i paczkuje środek spożywczy. W realu wygląda to kiepsko ponieważ o ile małym druczkiem zdanie “wyprodukowano z ciasta głęboko mrożonego” widnieje, to reszta wymaganych informacji owiana jest tajemnicą.

Wycieczki po supermarketach potwierdziły, że wymagane informacje nie są podawane. Jedynie Tesco może się pochwalić sumiennością. Nie robiłam fot, sorry ale taka adrenalina się z tym wiąże, moje serce by tego nie wytrzymało ;) I tak już w Rossmannie ścigają mnie listem gończym.



Biała buła z topionym serkiem

Biała buła z Biedry (bo jest za rogiem) maźnięta topionym serkiem, to najczęściej robiona w pracy kanapka jaką me oczy zarejestrowały; a i warzywa do tego nie uświadczysz. Czego dostarcza nam taka kanapa? Ano wielu ekstremalnych składników, jednak żaden z nich nie odżywia organizmu. 



Kostka topiona ze szczypiorkiem: woda, oleje palmowy i kokosowy, częściowo utwardzony palmowy i rzepakowy, mleko w proszku odtłuszczone, serwatka w proszku, skrobia kukurydziana, sole emulgujące E450 E452 E339 (zaliczane do sub.nieszkodliwych, jednak ich spożywanie blokuje wchłanianie żelaza, magnezu i wapnia, źle wpływa na nasz metabolizm i pogłębia osteoporozę), liofilizjowana cebula 0.2% i szczypiorek 0.1% - słabo.

Hochland: woda, ser (29%), odtłuszczone mleko w proszku, masło, sole emulgujące E450 i E452, białka mleka, cebula (0,9%), kwas cytrynowy, sól, szczypior suszony (0,1%), aromat, naturalny aromat cebuli, barwnik: karoteny.

Mlekovita: sery (dojrzewające, twarogowe), woda, masło, mleko w proszku, sole emulgujące E450 i E452, suszone pieczarki 0,35%, kwas cytrynowy, karagen (niebezpieczny, przyczynia się do powodowania nowotworu żołądka, wrzodów, zapalenia jelit), guma ksantanowa, sól.


Dobrej jakości pieczywo powinno zawierać jedynie wodę, mąkę, zakwas, ewentualnie drożdże i sól.

Biała buła jest uboga w błonnik i witaminy z grupy B, najczęściej może zawierać utwardzone tłuszcze, słód jęczmienny/pszenny, cukier lub syrop glukozowy, stabilizatory, konserwanty (przeciw pleśni) i barwniki (min. E150d - karmel amoniakalno-siarczynowy, zalecana ostrożność, nadpobudliwość, rozwolnienie, zaburzenia w metabolizmie wit.B6, u zwierząt doświadczalnych – zmiany w obrazie krwi.); skrobię ziemniaczaną, serwatkę w proszku lub mleko i pochodne, gumę guar (stabilizator, emulgator, zagęszczacz, zaliczana do substancji bezpiecznych, jednak przyczynia się do problemów metabolicznych, bólów brzucha i wzdęć), mąkę sojową.



Słodzone napoje

To żadne odkrycie, że cukierkowe napoje zdrowia i urody nam nie zaserwują. Mimo to, u sporej ilości osób ciągle mają stałą miejscówkę w menu. Dlaczego nie powinno się ich nawet patykiem tykać? Poniżej kilka odpowiedzi.


Mirinda: woda, syrop glukozowo-fruktozowy, dwutlenek węgla, sok pomarańczowy z soku zagęszczonego (8%), kwas cytrynowy, sorbinian potasu (E202, może wywoływać problemy skórne (podrażnienia i zapalenia) i astmatyczne, należy unikać a już na pewno dzieci i kobiety w ciąży), aromaty, substancje słodzące (acesulfam k, sukraloza - nadal budzi wiele kontrowersji), guma arabska, barwniki 160e i karoteny (bezpieczne, chociaż tyle dobrego). Producent w 330ml zapuszkował 6,5 łyżeczek cukru.



Mountain Dew: woda, syrop fruktozowy, dwutlenek węgla, kwas cytrynowy, aromat w tym kofeina, sorbinian potasu, guma arabska, barwnik karoteny. Tu zaszaleli do 330ml upchnęli prawie 11 łyżeczek cukru - padłam. 



Ice tea Lipton: woda, cukier, syrop fruktozowy, ekstrakt czarnej herbaty (0,12%), kwas cytrynowy i jabłkowy, sok z zagęszczonego soku mango (0,1%), sok z zagęszczonego soku marakui, cytryniany sodu, aromat, kwas askorbinowy, substancja słodząca: glikozyd stewiowy. W butelce 500ml siedzi 5,5 łyżeczki cukru. 



Oshe red: woda, glukoza, maltodekstryna, kwas cytrynowy, cytryniany sodu i potasu, sorbinian potasu, benzoesan sodu (E211, który jest rakotwórczy i wywołuje reakcje alergiczne. Ponadto drażni śluzówkę żołądka, przyczynia się do marskości wątroby i choroby Parkinsona, uszkadza DNA – potwierdzone badaniami, w połączeniu z witaminą C (kwas askorbinowy E300) tworzy rakotwórczy benzen), aromaty, guma arabska (niekorzystna dla zdrowia), estry glicerolu i żywicy roślinnej, sub.słodzące: aspartam (szkodliwy dla zdrowia, liczne badania udowodniły, że wpływa źle na pracę mózgu, w badaniach na myszach udowodniono jego neurotoksyczność i powodowanie uszkodzeń mózgu, podawanie aspartamu gryzoniom w dawkach jakie spożywają ludzie spowodowały chłoniaki, białaczkę i nowotwory) i acesulfam k (spożywany w nadmiarze może sprzyjać nowotworom i chorobom układu nerwowego, niewskazany dla dzieci, sprzeczne zdania naukowców dotyczące bezpieczeństwa tej substancji, najlepiej unikać), barwnik E129 (czerwień spożywcza 17 (AC, czerwień allura) należy unikać, zakazany w Wielkiej Brytanii, barwnik azotowy może wywoływać reakcje u osób z nietolerancją na salicylany, uwalnia histaminę więc wzmaga objawy u astmatyków, w parze z benzoesanami może powodować nadpobudliwość u dzieci). Ale, ale słuchajcie, co najważniejsze, że wzbogacone witaminkami, co z tego ze pewnie 99% się nie przyswoi.



Krótko na “do widzenia”


Nie każda etykieta “fosforyzuje” chemią na kilometr… jednak wrzucając w siebie w/w produkty i im podobne, dostarczymy organizmowi jedynie utwardzone tłuszcze, puste węgle, sól i ekstremalną dawkę kompletnie zbędnych rzekomych ulepszaczy. Ponadto zdecydowanie w ułamku sekundy od momentu spożycia niektórych z nich, przedawkujemy cukier. Jedną z zasad jaką wyznaję jest to, że zdrowy organizm to odżywiony organizm. Takie produkty nie odżywiają tylko go zaśmiecają.. i to na pełnej. Serio, nie widzę najmniejszego sensu ich spożywania. Mam nadzieję, ze Wy również. Nie można zapominać o tym, że to co jemy w pracy składa się na nasz dzienny bilans. Wpływa na nasze zdrowie, sylwetkę i samopoczucie tak samo, jak każdy inny posiłek. W żadnym wypadku nie możemy tego co wcinamy w pracy traktować “po macoszemu”. Dlatego wrzucajcie mądrze na ząb, i życzę Wam aby każda próba sięgnięcia po taki śmieciowaty produkt umarła śmiercią brutalną. Twój wybór - Twoje zdrowie. Dbaj o nie, a na starość przybijesz sobie piątkę.


Kurtyna.


poniedziałek, 11 lipca 2016

Żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce, czyli słów kilka o motywacji


Nosz kurcze piczone w pysk, wieki mnie tu nie było. Skandal. Mam moralniaka wielkiego jak carska Rosja, dlatego czuję wewnętrzną potrzebę wytłumaczenia mojego nagannego zachowania i poświęcenia przynajmniej jednego akapitu na usprawiedliwienie.





Jestem przekonana o tym, że doskonale znacie ten stan, gdy czas leci jak z rozszczelnionego kranu i ucieka wszystkimi “lewymi” uszczelkami.
U mnie ostatnio panowała mała jesień średniowiecza, bez kitu, absolutny reorganizacyjny armagedon kalendarza. Pomimo, że zmiany były spowodowane pozytywnym wydarzeniem, to sytuacja wymagała niemałej gimnastyki, żeby z powrotem wprowadzić sielankę w grafik. Trochę chaosu wdarło się do mojego planu dnia, co również zaważyło na treningach. Jednak mimo wszystko i na całe szczęście, zadbałam o systematyczność ✌ Ale wiecie co, tak na dobrą sprawę, wszystko to pozwoliło mi dojść do wniosku, że cała ta motywacja to przereklamowana bzdura...O! I o tym dziś Wam pomarudzę.

Tak w ogóle, to odnoszę wrażenie, że wszystkie słynne fit fighterki są na baterie słoneczne. Im zawsze się chce, słowo “zmęczenie” nie istnieje, a organizacja dnia jest prosta jak “budowa cepa”. Gdy mój grafik na głowie stanął, a ja panicznie starałam się go z powrotem postawić na nogi, uwierzcie, że jak na złość z każdej szafki wyskakiwały wiecznie napędzone optymizmem Chodakowskie i Szostaki, zawsze zmotywowane do działania i kapiące endorfiną. O Chrystusie, pranie mózgu. Czy to mnie motywowało do działania? Wierzcie mi, ale nie. I pomimo tego, że wszystkie je uwielbiam, podziwiam i popieram ich idee działania, nie ogarniałam tego klimatu wiecznej szczęśliwości, który w moim tamtejszym stanie widowiskowego chaosu, wkurzał po stokroć bardziej niż tłuściutka mucha w ulubionej zupie .

Gdy rzucałam okiem na te wszystkie umięśnione poślady i ramiona, zawodowe wręcz abs’y i plecy, dostawałam po łbie myślą: “dziewucho, a Ty z czym do ludzi?!”. Odnosiłam wrażenie że mój progres leży i kwiczy, a tyłek który powoli sobie rośnie, nagle kurczy się do wielkości rodzynka. Tfu, tak nie może być!


“Życie to nie je bajka”, czyli motywacja a realia



Pompowanie głowy motywacyjnym bełkotem działa podobnie jak strzelenie sobie np. kokainy - serio. I wielkiej filozofii nie trzeba się tu doszukiwać. Przecież narkotyk oszukuje nasz naturalny mechanizm odpowiedzialny za odczuwanie przyjemności, oszukuje układ nerwowy, czyli bez wykonania jakiejkolwiek pracy odczuwa się przyjemność - na chwilę. Podobnie działa pompowanie sobie głowy motywacyjnymi duperelami. Nakręcasz się na chwilę, kopie Cię energia i chęć do działania, a po ułamku sekundy euforia opada. Tym sposobem zataczasz błędne koło, ponieważ potrzebujesz motywacji non stop. Taki krótkoterminowy strzał nie przynosi dłuższych efektów, bo jesteś nakręcona/y przez czas trwania tego “motywacyjnego haju”, a gdy czar pryśnie, to co? Lipka, stan “nicnierobienia” i stagnacji wraca jak bumerang.

Praca nad sobą i swoim ciałem nie trwa tydzień. To długa droga, którą przejdziesz tylko i wyłącznie zachowując cierpliwość, systematyczność i przede wszystkim chęć do działania. Wszystko zależy od Ciebie, od Twojej determinacji i nawyków jakie w sobie wypracujesz.
Nie można przy tym zapominać, że każde ciało jest inne. Nie wyrzeźbisz identycznego zadka jak Michelle Lewin pomimo tego, że będziesz wykonywać te same ćwiczenia. To Twój tyłek! Oryginalny i jedyny w swoim rodzaju, który rzeźbi się inaczej. INACZEJ nie oznacza, że gorzej!




Motywacja to tylko impuls, dyscyplina natomiast to długofalowy proces, który pozwala zachować ciągłość, wdrożyć nawyki w naszą codzienność, tworząc w ten sposób długoterminowość naszego działania. Bo nawyk to nie produkt, który ulega przeterminowaniu. To element, który jest niezbędny przy dążeniu do celów jakie sobie postawiliśmy. Początkowo nie jest lekko, ponieważ najpierw to Ty pracujesz nad nawykami, jednak z biegiem czasu to nawyki tworzą Ciebie. Dotyczy to tak naprawdę każdej dziedziny życia, nie tylko diety i treningów.

Przecież ludzie, którzy osiągają sukces nie pracują na niego tylko wtedy, kiedy czują kopnięcie motywacją. Realizują cele ponieważ są zdyscyplinowani, nie odpuszczają z byle powodu, robią swoje i dążą do celu bez względu na wszystko, bo życie się dzieje, a obowiązki nie znikną, tak jak codzienne sprawy, złe samopoczucie czy spadek pozytywnego nastroju.

Life is brutal my Darling i nie ma czegoś takiego jak idealny moment żeby coś zrobić, coś zmienić. Jeśli zawsze będziemy czekać na “ten moment” i przypływ weny, zmarnujemy szmat czasu. Jeśli ciągle będziesz się karmić motywacyjnymi superprodukcjami z YouTube’a czy Fejsbunia, sam/a sobie wykopiesz dołek. Bo motywacja tak na dobrą sprawę jest jak deser. Ale wiecie nie taki fit & healthy na legalu, tyko taki na wypasie, tworzony w myśl zasady: “mam w dupie kalorie, cukier, gluten i laktozę”; poprawia samopoczucie i wprawia w świetny nastrój na chwilę, jednak w rzeczywistości to brutalny strzał cukrem po trzustce i puste kalorie, które prędzej czy później odbiją się czkawką. Jeśli więc jesteś zdyscyplinowana/y to nie skończysz po pracy na kanapie z wiadrem lodów przed tv. Tylko ogarniesz wszystkie sprawy i znajdziesz czas na trening.


Krótko na "do widzenia"



Ludzie odnoszący sukces nie tracą czasu na motywowanie się, oni po prostu działają; nie płaczą w rękaw, robią swoją robotę z tą genialną świadomością, że nagroda przyjdzie z czasem, nagroda czyli efekty. To niezmierne ważna i cholernie kluczowa umiejętność - cierpliwość.

Nie rezygnuj z siebie. Walcz! I to, że nie odczuwasz ochoty na zrobienie czegoś, niech nie hamuje Cię przed wykonaniem tego.


Peace


piątek, 29 stycznia 2016

Glutaminian sodu "w pigułce"

Glutaminian sodu, doskonale wszystkim znany wzmacniacz smaku i zapachu, terroryzuje skład niejednej etykiety. Wyskakuje niemalże z każdej sklepowej lodówki i półki. Od czasów dinozaura wiadomo, że zdrowia i urody nam nie doda, jednak na liście substancji zakazanych raczej nie wyląduje. Na temat jego szkodliwości i wątpliwego wpływu na organizm można pisać epopeje, jednak mimo to wciąż jest składnikiem żywności, a o zakazie jego stosowania ani widu ani słychu. Się pytam, WHY? Goddammit!



Glutaminian sodu pod lupą


Co to za diabelstwo ten glutaminian sodu? Jak się okazuje, to nic innego jak dziecko kwasu glutaminowego, który naturalnie występuje w niektórych warzywach i owocach, mięsie i owocach morza oraz produktach mlecznych (głównie sery). Nie można pominąć informacji, że kwas glutaminowy jest aminokwasem endogennym, czyli takim, który nasz organizm sam wytwarza, dlatego nie musi być dostarczany razem z pożywieniem. W myśl zasady co za dużo to niezdrowo, bo nawet bezpieczne substancje w nadmiarze szkodzą. Kwas glutaminowy spełnia w naszym organizmie bardzo ważne funkcje. Jest jednym z głównych neuroprzekaźników w ośrodkowym układzie nerwowym oraz źródłem energii dla komórek jelit, jest zaangażowany w proces usuwania wolnych rodników z organizmu (składnik glutationu), ponadto jest potrzebny przy syntezie białek oraz metabolizmie azotu.

Jednak glutaminian sodu w przeciwieństwie do kwasu glutaminowego tj.naturalnej substancji, to sztucznie pozyskiwane cholerstwo, które w niejednej pipecie było i pod niejednym mikroskopem nos trzymało, bo to chyba najczęściej badana pod kątem szkodliwości substancja ever.

Liczne badania wykazały, że ludzie są 6 razy bardziej podatni na jej szkodliwe działanie niż szczury i inne myszoki, na których przeprowadzono badania.
Biedne gryzonie, które uraczono dawką glutaminianu szlag jasny trafił. Zaaplikowano im pokaźną dawkę, która w efekcie zmieniła ich móżdżki w budyń. Konkretniej rzecz ujmując, doprowadziło to do poważnych uszkodzeń i niedorozwoju.

Ok, badanie zakwalifikowano jako bezwartościowe ponieważ dawka glutaminianu podana gryzoniom (ponoć) miała się nijak do dawki jaką zjada człowiek. Ponadto forma (zastrzyk podskórny) a spożycie w pokarmie podobno również robi różnicę. Anyway, strach się bać. Takie skutki uboczne zwalają z nóg i nie wiem jak Wy, ale ja kicham ten glutaminian nawet w minimalnych dawkach.


“Syndrom chińskiej restauracji”, czyli skutki wcinania E621


Pomimo tego, że wszystkie wykonane badania wzbudzają wiele kontrowersji i pozostawiają więcej znaków zapytania niż odpowiedzi, pewnych jest kilka niepodważalnych faktów.

Glutaminian sodu sprzyja przygarnianiu niechcianych kilogramów, niekorzystnie wpływa na ciśnienie krwi i cały układ krążenia, niszczy wątrobę i nerki, wywołuje problemy z koncentracją, przyczynia się do występowania alergii, zaburzeń mowy i wzroku (uszkodzenia siatkówki oka, nawet utrata wzroku) oraz zespołu jelita drażliwego. Wywołuje efekt ekscytotoksyczny. Co to oznacza? Ano nic innego jak doprowadzanie do występowania nadmiernej ilości kwasu glutaminowego w naszym organizmie, a to powoduje obumieranie komórek nerwowych na skutek nadmiernego ich pobudzenia, zmiany neurologiczne tj. Parkinson, Alzheimer, udar mózgu oraz stwardnienie rozsiane. Co prawda organizm to sprytna bestia i broni naszego mózgu, jednak glutaminian uszkadza tą barierę, zwiększając przepuszczalność szkodliwych substancji.

Podobno większość groźnych objawów jest skutkiem spożywania bardzo dużych dawek, jednak potwierdzono, że glutaminian sodu ma skłonność do kumulowania się w naszym organizmie, a to oznacza wystąpienie sutków ubocznych i uszczerbku na zdrowiu w późniejszym czasie. Ponadto proces starzenia i wiele różnych schorzeń np. cukrzyca czy nadciśnienie, współpracuje z glutaminianem na naszą niekorzyść, zwiększając ryzyko wystąpienia wspominanych wyżej skutków ubocznych.

Zwróćcie proszę uwagę na fakt, że przeprowadzonych zostało wiele badań - nie bez powodu, coś jest na rzeczy - a ostatecznie wciąż ogrom znaków zapytania razi po oczach. A teraz druga kwestia, przemysł spożywczy i rola glutaminianu sodu - jak wiele kasy uciekłoby w eter w momencie zakazania jego stosowania. Przecież znacznie bardziej się opłaca truć ludzi (i tak nas dużo na tym świecie) niż pozwolić paść trupem rynkowi konwencjonalnej żywności.




Pięćdziesiąt twarzy glutaminianu


Glutaminian sodu, czyli E621 lub MSG to podstępna bestia, która czai się na nas pod wieloma różnymi nazwami. Czytając skład kupowanego produktu zwracajcie uwagę i unikajcie poniższych substancji:

  • glutaminian monosodowy
  • diglutaminian magnezu
  • diglutaminian wapnia
  • glutaminian monoamonowy
  • kazeinian sodu
  • kazeinian wapnia
  • zhydrolizowane i hydrolizowane białka
  • zhydrolizowane białka roślinne
  • ekstrakt z białka roślinnego
  • teksturowane proteiny/białko
  • autolizowane drożdże/proteiny drożdżowe/ekstrakt z drożdży

Wzmacniacze smaku nie będące pochodnymi glutaminianu, ale mające te same cechy:

  • kwas guanylowy
  • guanylan disodowy/dipotasowy/wapnia
  • kwas inozynowy
  • inozynian disodowy/dipotasowy/wapnia
  • rybonukleotydy wapnia/disodowe

Czym go zastąpić?


Bez E621 da się żyć, pomimo tego, że przechrzczono go na piąty smak i umami, nie jest smakiem niepowtarzalnym. To chemia sterująca naszymi receptorami. Wystarczy odciąć pępowinę, żeby się uwolnić.

Co zatem w zamian? Odpowiedź chyba prosta :) Zioła, zioła i jeszcze raz zioła! Mieszając przeróżne możemy wydobyć genialne smaki. Nasze kubki smakowe po odstawieniu tego “gluta” dopiero odkryją prawdziwe walory potraw. A Vegetę i inne Warzywka można zrobić homemade :)




Słów kilka na “do widzenia”


I co my zrobimy z tym dziadostwem? Nie wiem jak Wy, ale ja już dawno zamknęłam przed nim drzwi, bo żadna siła i moc sprawcza nie spowoduje, że się polubimy. Stwierdzenie, że glutaminian sodu jest niewinny przedstawianym zarzutom, moim zdaniem jest grubymi nićmi szyte.