czwartek, 12 marca 2015

Sztanga nie zabija, kettlebell nie gryzie, czyli o treningu siłowym w słowach bardziej osobistych

Ostatnio notorycznie internet kładzie mi na stole treści dotyczące relacji kobieta – siłownia. Wynika z nich, że najczęściej wybierane przez kobiety na siłowni opcje ćwiczeń to niekończące się cardio, w nadziei na spalenie miliona kalorii i niechcianego tłuszczu. Strach przed dźwiganiem ciężarów i obawa, że sztanga zmieni w terminatora, a mięśnie zakopią kobiecość dwa metry pod ziemią. Mogłabym teraz odegrać teatr i napinając się napisać: "Seriously? Boicie się ? Pfff !" Nie napiszę.. bo rozumiem to doskonale, choć mój strach dotyczył zupełnie innej kwestii.

Aktywność fizyczna jest nieodłączną częścią mojego życia już od dłuższego czasu. Jak długiego? Nie jestem w stanie dokładnie określić ram czasowych. Będąc obecnie w miejscu, w którym jestem odnoszę wrażenie, że od zawsze. To oczywiście nieprawda.

Moje początki były dość koślawe. Bez żadnego rozeznania w temacie, zaczynałam od ćwiczeń w domu. Pamiętam, że pierwsza i przez długi czas jedyna partia jaką katowałam niemalże codziennie to brzuch, który stał się wtedy poniekąd moją obsesją. Dlaczego? Nie mam bladego pojęcia. To jedna z kwestii, która dostała dożywocie w dziale: zjawiska niewyjaśnione. Gdy efekty zaczęły dostrzegać światło dzienne, zaczęłam szukać dodatkowych form aktywności. Krótka historia mojego biegania, tenis ziemny (Boże wybacz), w końcu pierwszy kontakt z siłownią. To był dziwny i chaotyczny dla mnie czas, w którym dość często na pomysły, które atakowały moją roztrzepaną głowę, porywałam się jak z przysłowiową motyką na słońce. Romans z siłownią wtedy był dość krótki. Życie w kolana strzelało, rozterki, problemy, niemała apokalipsa (nie ironizuję). Człowiek zwyczajnie nie myślał o pompowaniu bicka. I tu nastąpił koniec, przerwa w dostawie prądu, spacja.

Powrót do świata żywych i ogarnięcie życiowego burdelu, nie przeszkodził mi w zafundowaniu sobie kolejnego auto-nokautu. Moja wizja siebie w lustrze, gdzie za każdym razem na pierwszy plan wysuwałam moje mankamenty, przysłaniające całą resztę. Odwieczny kompleks małego tyłka ewoluował do rozmiarów, których nie byłam w stanie ogarnąć. Akceptacja siebie to trudna kwestia indywidualna, wręcz intymna. Negatywny odbiór własnej osoby potrafi spieprzyć pozytywne myślenie i namieszać w codzienności totalnie. Dzięki bezcennemu wsparciu najbliższej mi osoby nastąpił ogromny zwrot akcji. W końcu zaczęły docierać do mnie słowa i mój obraz, widziany oczami osoby trzeźwo myślącej. Zrozumiałam, że muszę znaleźć sposób na wiarę w siebie i walkę z barierami, których nikt przede mną nie stawia, poza mną samą. Byłam swoim jedynym, największym rywalem, i poniekąd do tej pory jestem.

Wróciłam do treningów, początkowo wykonywanych wyłącznie w domu, jednak tym razem zupełnie świadoma celów. Nieustannie zgłębiam teorię, którą przekładam na praktykę, dzięki czemu do tej pory świadomie wykonuję ćwiczenia i sama układam treningi domowe. Regularność, sumienność i konsekwencja sprawiły, że dość szybko zwiększyłam swoją siłę, wytrzymałość, sprawność i koordynację. Apetyt rósł w miarę jedzenia i zachciało mi się więcej mięśnia. Jednak przez pewien czas odczuwałam specyficzny lęk przed powrotem na siłownię. Panie i Panowie, przyszedł czas na kolejny absurd mojego autorstwa: dyskomfort ćwiczenia wśród innych. Doprowadzałam do automatycznego kreowania wizji tego miejsca w negatywny sposób, że same "pompy" i fit laseczki z zadartymi noskami, składające się na hermetyczną pseudo-sferę, która nie chce "obcego" wśród swoich. Skutecznie sama się zniechęcałam (what the hell ?!).

Szczęśliwie udało mi się pokonać ten "syndrom cipki" (sorry, inaczej się nie da). Poszłam, żyję i z powodzeniem wróciłam do gry. Terminatora chyba nie przypominam ( ;) ), walczę o mięśnie, co w przypadku kobiety łatwym zadaniem nie jest, ponieważ poziom testosteronu w naszych organizmach znacznie różni się od jego ilości w organizmie mężczyzn. Choć samokrytyka u mnie zawsze na pełnej, sama ze sobą czuję się tak dobrze jak nigdy wcześniej, a bez treningu na siłowni jestem jak bez ręki.



Trening siłowy jest istotny dla osób, które chcą wyrzeźbić mięśnie, ale i wzmocnić całe ciało. Podczas takiego treningu spalamy tłuszcz nawet efektywniej niż przy samym cardio, bo jest on spalany również w stanie spoczynku mięśni. Poza tak oczywistymi rzeczami jak poprawa nastroju, samooceny czy kształtowanie sylwetki, trening siłowy ma wiele innych zalet. Pomaga utrzymywać poprawną postawę ciała. Od zawsze miałam tendencje do garbienia się, trening siłowy wypracował u mnie nawyk prostych pleców, które są niezbędne przy prawidłowym wykonywaniu wielu ćwiczeń. Ponadto zmniejsza ryzyko wszelkich kontuzji powodując zwiększenie gęstości kości. Obniża poziom złego, a podnosi poziom dobrego cholesterolu. Poprawia wydolność serca i płuc oraz zmniejsza ryzyko występowania chorób związanych z układem krążenia. Silne mięśnie uelastyczniają i poprawiają ruchliwość stawów. Zwiększa się odporność organizmu co prowadzi do ogólnej poprawy jego funkcjonowania. Tak jak w diecie, w ćwiczeniach również ważna jest różnorodność. Dlatego treningi siłowe przeplatam z domowymi, które (jak już pisałam wcześniej) najczęściej są treningami obwodowymi. Podczas wiosenno-letnich miesięcy dokładam basen, rower, do biegania nie wróciłam, a tenis ziemny omijam szerokim łukiem ;)

Swoje treningi na siłowni zaczęłam od ćwiczeń na maszynach, to bezpieczny sposób na odświeżenie pamięci i wdrożenie się w klimat. Strefa crossowa była wtedy dla mnie jak totalne science-fiction. Z biegiem czasu zaczęłam odczuwać niedosyt, a do zestawów treningowych zaczęła wdzierać się nuda i monotonia. Zdecydowałam się na trening personalny (Magda pozdrawiam ;)), który sprawił, że przełamałam kolejne bariery, a mój trening zmienił się o 180 stopni. Jak jest teraz? Strefa cross to moje podwórko, bez którego trening nie istnieje, a maszyny to dobre uzupełnienie. Przekonałam się, że wolne ciężary nie zabijają, kettlebell nie gryzie, a ze sztangą żyję w symbiozie.

"Moja" siłownia to miejsce, w którym czuję stuprocentowy komfort, poznałam dwie ogromne inspiracje i za każdym razem widzę nowe. Z 73-letnim Panem "kondycja, forma, energia – 100%", jestem niemalże na "ty".


Ktoś, gdzieś napisał, że bez porażki sukces nie istnieje. Słowa mistrz, choć niby banalne. Kilka lat temu znokautowałam swoją porażkę, jednak dopiero niedawno poczułam, że naprawdę dałam radę. To mój mały wielki sukces, z którego cholernie się cieszę. Przeszłam niełatwą drogę, by znaleźć się w miejscu, w którym obecnie jestem. To najbardziej odpowiedni, przemyślany rozdział w mojej książce. Jeszcze dużo pracy przede mną i długa droga, na której stawiam sobie cele, a one się nie skończą, bo to mój sposób życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz